Św. Hieronim / o. H. D. Lacordaire, O.P.

Praefationes Hieronymi / Du Culte de Jésus-Christ dans les Écritures

Przedmowy Hieronima / O kulcie Jezusa Chrystusa w Pismach


Spis treści


PRZEDMOWY ŚW. HIERONIMA.


I. PROLOG W HEŁMIE.

Że u Hebrajczyków jest dwadzieścia dwie litery, poświadcza również język Syryjczyków i Chaldejczyków, który w znacznej mierze jest pokrewny językowi hebrajskiemu; albowiem i oni mają dwadzieścia dwa elementy o tym samym brzmieniu, lecz różniące się znakami. Samarytanie również zapisują Pięcioksiąg Mojżesza tą samą liczbą liter, różniąc się jedynie kształtami i rysami. Jest zaś pewne, że Ezdrasz, pisarz i doktor Prawa, po zdobyciu Jerozolimy i odbudowie świątyni za Zorobabela, wynalazł inne litery, którymi posługujemy się obecnie, gdyż aż do tamtego czasu znaki Samarytan i Hebrajczyków były takie same. Również w Księdze Liczb ten sam rachunek jest mistycznie ukazany w spisie Lewitów i Kapłanów. A tetragrammaton, czteroliterowe imię Pana, w pewnych greckich rękopisach, znajduje się wyrażone dawnymi literami aż po dzień dzisiejszy. Ponadto Psalmy — trzydziesty szósty, sto dziesiąty, sto jedenasty, sto osiemnasty i sto czterdziesty czwarty — choć napisane różnymi metrami, są jednakże utkane alfabetem o tej samej liczbie liter. Również Lamentacje Jeremiasza i jego Modlitwa, a także Przysłowia Salomona pod koniec, od miejsca, w którym mówi: „Kto znajdzie dzielną niewiastę?” — obliczane są według tych samych alfabetów lub podziałów. Ponadto pięć liter u Hebrajczyków jest podwójnych: Kaf, Mem, Nun, Pe, Sade; albowiem początki i środki wyrazów pisze się przez te litery inaczej niż ich zakończenia. Stąd też pięć ksiąg uważanych jest przez wielu za podwójne: Samuel, Melachim, Dibre hajamim, Ezdrasz, Jeremiasz z Cinoth, to jest z jego Lamentacjami. Jak zatem dwadzieścia dwa elementy stanowią to, przez co piszemy po hebrajsku wszystko, co mówimy, i w ich początkowych formach zawarta jest ludzka mowa, tak dwadzieścia dwie księgi są liczone, którymi jakby literami i początkami wstępnymi wciąż jeszcze delikatna i karmiona mlekiem młodość człowieka sprawiedliwego jest kształcona w nauce Bożej.

Pierwsza księga u nich nazywa się Bereszit, którą my nazywamy Księgą Rodzaju.

Druga, Weelle Szemot, która nosi nazwę Księga Wyjścia.

Trzecia, Wajikra, to jest Księga Kapłańska.

Czwarta, Wajedabber, którą my nazywamy Księgą Liczb.

Piąta, Elle Haddebarim, która jest oznaczona jako Księga Powtórzonego Prawa.

Oto pięć ksiąg Mojżesza, które właściwie nazywają Torą, to jest Prawem.

Drugi porządek tworzą z Proroków i rozpoczynają od Jozuego, syna Nawego, który u nich jest nazywany Joszue ben Nun.

Następnie dołączają Szofetim, to jest Księgę Sędziów. I do tejże włączają Rut, ponieważ jej historia jest opowiadana w dniach Sędziów.

Trzecia następuje Księga Samuela, którą my nazywamy pierwszą i drugą Księgą Królewską.

Czwarta, Melachim, to jest Królewska, która jest zawarta w trzecim i czwartym tomie Ksiąg Królewskich.

I o wiele lepiej jest mówić Melachim, to jest Królewska, niż Mamlachot, to jest Królestw. Nie opisuje bowiem królestw wielu narodów, lecz jednego ludu izraelskiego, który obejmuje dwanaście pokoleń.

Piąty jest Izajasz.

Szósty, Jeremiasz.

Siódmy, Ezechiel.

Ósma, księga Dwunastu Proroków, która u nich jest nazywana There Asar.

Trzeci porządek obejmuje Hagiografy.

I pierwsza księga zaczyna się od Hioba.

Druga od Dawida, którą ujmują w pięciu częściach i jednym tomie Psalmów.

Trzecia jest Salomona, obejmująca trzy księgi: Przysłowia, które oni nazywają Miszle, to jest Przypowieści.

Czwarta, Eklezjastes, to jest Kohelet.

Piąta, Pieśń nad Pieśniami, którą oznaczają tytułem Szir Haszirim.

Szósty jest Daniel.

Siódma, Dibre Hajamim, to jest Słowa Dni, co możemy bardziej wymownie nazwać Kroniką całej boskiej historii; ta księga jest u nas zapisana jako pierwsza i druga Księga Paralipomenon.

Ósma, Ezdrasz, który również wśród Greków i Łacinników jest podzielony na dwie księgi.

Dziewiąta, Estera.

I tak księgi Starego Prawa równają się dwudziestu dwóm: to jest pięć Mojżeszowych, osiem Prorockich i dziewięć Hagiograficznych. Chociaż niektórzy zapisują Rut i Cinoth wśród Hagiografów i uważają, że te księgi powinny być liczone w ich własnej liczbie, a przez to jest dwadzieścia cztery księgi dawnego Prawa — które pod liczbą dwudziestu czterech starców Apokalipsa Jana wprowadza adorujących Baranka i składających swe korony z pochylonymi twarzami, stojących przed czterema istotami żywymi, mającymi oczy z przodu i z tyłu, to jest spoglądającymi w przeszłość i w przyszłość, i wołającymi niezmordowanym głosem: Święty, święty, święty, Pan Bóg wszechmogący, który był i który jest, i który przychodzi.

Ten prolog, jako uzbrojony w hełm wstęp do Pism, może stosować się do wszystkich ksiąg, które przełożyliśmy z hebrajskiego na łacinę, tak abyśmy wiedzieli, że cokolwiek jest poza tym, należy umieścić wśród apokryfów. Zatem Mądrość, która jest powszechnie przypisywana Salomonowi, i księga Jezusa syna Syracha, i Judyta, i Tobiasz, i Pasterz, nie znajdują się w kanonie. Pierwszą księgę Machabeuszów znalazłem po hebrajsku. Druga jest grecka, co można udowodnić również z samego jej stylu. Skoro tak się rzeczy mają, proszę cię, czytelniku, abyś nie uważał mojego trudu za naganę starożytnych. W świątyni Bożej każdy ofiaruje, co może: jedni ofiarują złoto, srebro i drogie kamienie; inni ofiarują bisior, purpurę, szkarłat i hiacynt; z nami dobrze się dzieje, jeśli ofiarujemy skóry i koźlą sierść. A przecież Apostoł osądza, że nasze bardziej wzgardzone części są bardziej potrzebne. Stąd też całe owo piękno przybytku i rozróżnienie Kościoła obecnego i przyszłego przez poszczególne jego elementy, pokryte jest skórami i włosienicami, a to, co tańsze, odpiera żar słońca i szkodę deszczów. Czytaj zatem najpierw mojego Samuela i mojego Melachim — mojego, powiadam, mojego. Albowiem cokolwiek nauczyliśmy się przez częstsze tłumaczenie i zachowujemy dzięki staranniejszemu poprawianiu, jest nasze. A gdy zrozumiesz to, czego przedtem nie wiedziałeś, uważaj mnie albo za tłumacza, jeśli jesteś wdzięczny, albo za parafrastę, jeśli niewdzięczny — choć w żaden sposób nie jestem świadom, abym cokolwiek zmienił z prawdy hebrajskiej. Z pewnością, jeśli jesteś niedowierzający, czytaj kodeksy greckie i łacińskie i porównaj je z tymi dziełkami, które niedawno poprawiliśmy; i gdziekolwiek zobaczysz, że się od siebie różnią, zapytaj jakiegokolwiek Hebrajczyka, komu raczej powinieneś dać wiarę; a jeśli potwierdzi nasze, sądzę, że nie uznasz go za zwykłego zgadywacza, jakby odgadywał podobnie jak ja w tym samym miejscu. Lecz proszę również was, służebnice Chrystusa (które namaszczacie głowę Pana spoczywającego przy stole najdroższą mirrą wiary, które w żaden sposób nie szukacie Zbawiciela w grobie, dla których Chrystus już wstąpił do Ojca), abyście przeciw szczekającym psom, którzy szaleją przeciwko mnie wściekłą paszczą i krążą po mieście, i uważają się w tym za uczonych, jeśli uwłaczają innym — wystawiły tarcze waszych modlitw. Ja, znając moją pokorę, będę zawsze pamiętał owo słowo: Rzekłem: Będę strzegł dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem moim. Położyłem straż na ustach moich, gdy grzesznik stanął naprzeciwko mnie. Zamilkłem i ukorzyłem się, i milczałem nawet od rzeczy dobrych.


II. HIERONIM DO PAULINA.

Brat Ambroży, przynosząc mi twoje drobne podarunki, doręczył zarazem najrozkoszniejszy list, który od początku naszej przyjaźni wykazywał wierność już wypróbowanej wiary i dawnej zażyłości. Prawdziwa bowiem jest ta więź, spojoną klejem Chrystusowym, której nie korzyść z majątku rodzinnego, nie sama obecność ciał, nie podstępna i pochlebcza adoracja, lecz bojaźń Boża i zgłębianie Pism Bożych łączy. Czytamy w starożytnych dziejach, że pewni ludzie przemierzali prowincje, odwiedzali nowe ludy i przepływali morza, aby osobiście zobaczyć tych, których poznali z ksiąg. Tak Pitagoras odwiedził proroków Memfis; tak Platon z największym trudem przemierzył Egipt i udał się do Archytasa z Tarentu oraz na to wybrzeże Italii, które niegdyś zwano Wielką Grecją — aby ten, który w Atenach był mistrzem i potężnym, i którego nauka rozbrzmiewała w gimnazjach Akademii, stał się przybyszem i uczniem, woląc skromnie uczyć się od innych niż bezwstydnie narzucać własne poglądy. Wreszcie, goniąc za wiedzą, jakby ta uciekała przez cały świat, został schwytany przez piratów i sprzedany, a nawet służył najokrutniejszemu tyranowi — jeniec, zakuty i niewolnik; lecz ponieważ był filozofem, był większy od tego, który go kupił. Czytamy, że pewni znakomici mężowie przybyli z najdalszych krańców Hiszpanii i Galii do Tytusa Liwiusza, płynącego mlecznym źródłem wymowy; i tych, których Rzym nie przyciągnął do oglądania siebie samego, sława jednego człowieka tam sprowadziła. Tamta epoka miała cud niesłychany i godny pamięci we wszystkich wiekach: że ludzie wchodzący do tak wielkiego miasta szukali czegoś innego poza miastem. Apolloniusz, czy to mag, jak mówi pospólstwo, czy też filozof, jak utrzymują pitagorejczycy, wszedł do Persji, przekroczył Kaukaz, przeszedł przez Albanów, Scytów i Massagetów, dotarł do najzamożniejszych królestw Indii; i wreszcie, przeprawiwszy się przez szeroką rzekę Fison, dotarł do braminów, aby usłyszeć Hiarchasa siedzącego na złotym tronie i pijącego ze źródła Tantala, nauczającego wśród nielicznych uczniów o naturze, o ruchach gwiazd i biegu dni. Stamtąd, przez Elamitów, Babilończyków, Chaldejczyków, Medów, Asyryjczyków, Partów, Syryjczyków, Fenicjan, Arabów i Palestyńczyków, wróciwszy do Aleksandrii, udał się do Etiopii, aby zobaczyć gimnosofistów i najsłynniejszy Stół Słońca na piasku. Ów mąż wszędzie znajdował czego się uczyć i zawsze czyniąc postępy, zawsze stawał się lepszy od siebie samego. Napisał o tym najobszerniej w ośmiu tomach Filostrat. Cóż mam mówić o ludziach świeckich, skoro apostoł Paweł, naczynie wybrania i nauczyciel narodów, który przemawiał ze świadomości tak wielkiego gościa w sobie — „Czy szukacie dowodu na to, że przeze mnie przemawia Chrystus?” — po odwiedzeniu Damaszku i Arabii, udał się do Jerozolimy, aby zobaczyć Piotra, i pozostał u niego piętnaście dni? Przez tę bowiem tajemnicę tygodnia i ogdoady, przyszły głosiciel narodów miał być pouczony. I znowu po czternastu latach, wziąwszy ze sobą Barnabę i Tytusa, przedstawił Ewangelię Apostołom, aby przypadkiem nie biegł lub nie biegł na próżno. Żywy bowiem głos ma pewną ukrytą moc i przelany z ust autora do uszu ucznia, brzmi potężniej. Stąd też Ajschines, gdy przebywał na wygnaniu na Rodos i czytano ową mowę Demostenesa, którą ten wygłosił przeciwko niemu, a wszyscy podziwiali ją i chwalili, westchnął i powiedział: „A cóż by było, gdybyście słyszeli samą bestię, jak dźwięczy własnymi słowami?” Nie mówię tego dlatego, jakoby było we mnie coś takiego, co mógłbyś chcieć ode mnie usłyszeć lub pragnąć się nauczyć, lecz dlatego, że twój zapał i gorliwość w uczeniu się powinny być pochwalone same z siebie, nawet bez nas. Umysł chętny do nauki jest godny pochwały nawet bez nauczyciela. Bierzemy pod uwagę nie to, co znajdujesz, lecz to, czego szukasz. Miękki wosk, łatwy do kształtowania, nawet gdy ręce rzemieślnika i rzeźbiarza są bezczynne, jest przecież z natury wszystkim, czym może być. Apostoł Paweł chlubi się, że u stóp Gamaliela nauczył się Prawa Mojżeszowego i Proroków, aby uzbrojony w duchowe oręże mógł potem z ufnością powiedzieć: „Oręż naszej walki nie jest cielesny, lecz mocny w Bogu ku burzeniu warowni, obalający zamysły i wszelką wyniosłość podnoszącą się przeciw poznaniu Boga, i poddający wszelką myśl w posłuszeństwo Chrystusowi, i gotowy ukarać wszelkie nieposłuszeństwo.” Pisze do Tymoteusza, od dzieciństwa wychowanego na świętych pismach, i zachęca go do pilności w czytaniu, aby nie zaniedbywał łaski, która została mu dana przez włożenie rąk kapłańskich. Tytusowi nakazuje, aby pośród innych cnót biskupa, które nakreślił w krótkiej mowie, wybrał w nim także znajomość Pisma Świętego: „Trzymającego się, powiada, wiernej nauki zgodnej z nauczaniem, aby zdolny był zachęcać w zdrowej nauce i przekonywać tych, którzy się sprzeciwiają.” Święta bowiem prostota przynosi pożytek tylko sobie samej: i o ile buduje Kościół Chrystusowy zasługą swego życia, o tyle szkodzi, jeśli nie stawia oporu tym, którzy by go burzyli. Prorok Malachiasz, a raczej Pan przez Aggeusza, mówi: „Zapytaj kapłanów o Prawo.” Tak wielki jest obowiązek kapłana, by na zapytanie odpowiadał o Prawie. I w Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Zapytaj ojca swego, a opowie ci; starszych swoich, a powiedzą ci.” W psalmie sto osiemnastym również: „Ustawy Twoje były pieśnią moją w miejscu mego pielgrzymowania.” A w opisie męża sprawiedliwego, gdy Dawid porównał go do drzewa życia, które jest w raju, pośród innych cnót i to przytoczył: „W Prawie Pańskim upodobanie jego i nad Prawem Jego rozmyśla we dnie i w nocy.” Daniel na końcu najświętszej wizji mówi, że sprawiedliwi będą jaśnieć jak gwiazdy, a rozumni, to jest uczeni, jak firmament. Widzisz, jak wielka jest różnica między sprawiedliwą prostotą a uczoną sprawiedliwością? Jedni są porównywani do gwiazd, drudzy do nieba. Chociaż według prawdy hebrajskiej jedno i drugie może być rozumiane o uczonych. Tak bowiem u nich czytamy: „Ci zaś, którzy będą uczeni, zajaśnieją jak blask firmamentu; a którzy wielu nauczą sprawiedliwości, jak gwiazdy na wieki wieczne.” Dlaczego apostoł Paweł jest nazywany naczyniem wybrania? Z pewnością dlatego, że był skarbnicą Prawa i świętych Pism. Faryzeusze zdumiewają się nauczaniem Pana; i dziwią się Piotrowi i Janowi, skąd znają Prawo, skoro nie uczyli się pisma. Cokolwiek bowiem innym zwykła dawać praktyka i codzienne rozmyślanie nad Prawem, to im podpowiadał Duch Święty, i byli, jak napisano, pouczeni przez Boga. Zbawiciel miał ukończone dwanaście lat i pytając starszych w świątyni o kwestie Prawa, więcej naucza przez mądre pytanie. Chyba że nazwiemy prostaczkiem Piotra, prostaczkiem Jana — z których każdy mógł powiedzieć: „Choć niewyćwiczony w mowie, to jednak nie w wiedzy.” Jan prostaczek, rybak, niewykształcony? A skąd, pytam, owe słowa: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo?” Słowo bowiem (Logos) po grecku wiele oznacza: jest i słowem, i rozumem, i rachunkiem, i przyczyną każdej rzeczy, przez którą istnieją wszystkie poszczególne byty — co wszystko słusznie rozumiemy w Chrystusie. Tego uczony Platon nie znał; tego wymowny Demostenes nie wiedział. „Zniszczę, powiada, mądrość mądrych, a roztropność roztropnych odrzucę.” Prawdziwa mądrość zniszczy fałszywą mądrość; i chociaż istnieje głupstwo przepowiadania krzyża, to jednak Paweł głosi mądrość między doskonałymi — mądrość jednak nie tego świata ani książąt tego świata, która ginie; lecz głosi mądrość Bożą ukrytą w tajemnicy, którą Bóg przeznaczył przed wiekami. Mądrością Bożą jest Chrystus; Chrystus bowiem jest mocą Bożą i mądrością Bożą. Ta mądrość jest ukryta w tajemnicy, o której także tytuł dziewiątego psalmu jest zapisany: „Dla tajemnic Syna,” w którym ukryte są wszystkie skarby mądrości i wiedzy Bożej. I ten, który był ukryty w tajemnicy, został przeznaczony przed wiekami; przeznaczony zaś i zapowiedziany w Prawie i Prorokach. Stąd też Prorocy są nazywani widzącymi, ponieważ widzieli Tego, którego inni nie widzieli. Abraham ujrzał dzień Jego i uradował się. Niebiosa otworzyły się Ezechielowi, które były zamknięte dla grzesznego ludu. „Odsłoń, mówi Dawid, oczy moje, a będę rozważał cuda Prawa Twego.” Prawo bowiem jest duchowe i potrzebne jest objawienie, aby je zrozumieć, i z odsłoniętym obliczem kontemplujemy chwałę Bożą. Księga zapieczętowana siedmioma pieczęciami ukazana jest w Apokalipsie; którą jeśli dasz człowiekowi znającemu litery, by czytał, odpowie ci: Nie mogę, bo jest zapieczętowana. Jakże wielu dziś myśli, że zna litery, trzyma zapieczętowaną księgę i nie może jej otworzyć, chyba że otworzy ją Ten, który ma klucz Dawida, który otwiera i nikt nie zamyka, zamyka i nikt nie otwiera? W Dziejach Apostolskich, święty eunuch — a raczej mąż (tak bowiem nazywa go Pismo) — gdy czytał proroka Izajasza, zapytany przez Filipa: „Czy rozumiesz to, co czytasz? odpowiedział: Jakżebym mógł, jeśli mnie nikt nie pouczy?” Ja (by o sobie na chwilę powiedzieć) nie jestem ani świętszy od tego eunucha, ani pilniejszy — który przybył z Etiopii, to jest z najdalszych krańców świata, do świątyni, opuścił dwór królewski i był tak wielkim miłośnikiem Prawa i wiedzy Bożej, że czytał święte pisma nawet w wozie. A przecież, choć trzymał księgę i obejmował myślą słowa Pana, obracał je na języku i wymawiał wargami, nie znał Tego, którego nieświadomie czcił w księdze. Przyszedł Filip i ukazał mu Jezusa, który ukryty leżał zamknięty w literze. O przedziwna moc nauczyciela! W tej samej godzinie eunuch uwierzył, został ochrzczony, stał się wiernym i świętym; a nauczyciel więcej znalazł w uczniu, więcej w pustynnym źródle Kościoła niż w pozłacanej świątyni synagogi. Te rzeczy zostały przeze mnie poruszone pokrótce (bo ciasny zakres listu nie pozwalał mi szerzej się rozwodzić), abyś zrozumiał, że nie możesz wejść w Pisma Święte bez przewodnika, który wskazuje drogę. Nie mówię o gramatykach, retorach, filozofach, geometrach, dialektykach, muzykach, astronomach, astrologach i lekarzach, których wiedza jest nader pożyteczna śmiertelnikom i dzieli się na trzy części: teorię, metodę i praktykę. Przejdę do pomniejszych sztuk, które są wykonywane nie tyle językiem, co ręką. Rolnicy, murarze, kowale, drwale, a także tkacze wełny i foluszowie, i inni, którzy wytwarzają rozmaite sprzęty i skromne wyroby — bez nauczyciela nie mogą być tym, czym chcą. Co należy do lekarzy, obiecują lekarze; dzieła rzemieślnicze rzemieślnicy wykonują. Jedynie sztuka Pism jest tą, którą wszędzie każdy sobie rości. Piszemy wiersze, uczeni i nieuczeni bez różnicy. Tę roszczą sobie gadatliwa staruszka, niedołężny starzec, wielomówny sofista, tę wszyscy biorą sobie za swoją, szarpią i nauczają, zanim się nauczą. Inni, z podniesionym brwią, ważąc wielkie słowa, filozofują o świętych pismach pośród kobiecinek. Inni uczą się (o wstydzie!) od kobiet tego, czego będą uczyć mężczyzn; i jakby to nie było dość, z pewną gadatliwością słów — ba, zuchwałością — wykładają innym to, czego sami nie rozumieją. Nie mówię o takich jak ja, którzy jeśli przypadkiem przyszli do świętych Pism po literaturze świeckiej i wygładzoną mową pieścili uszy ludu, uważają, że cokolwiek powiedzieli, jest prawem Bożym; i nie raczą poznać, co Prorocy, co Apostołowie mieli na myśli, lecz dopasowują niestosowne świadectwa do własnego rozumienia — jakby to było wielką rzeczą, a nie najgorszym rodzajem nauczania, wypaczać zdania i wbrew oporowi ciągnąć Pismo ku własnej woli. Jakbyśmy nie czytali Homerocentonów i Wirgiliocentonów, i jakbyśmy nie mogli w ten sposób nazwać Wergiliusza chrześcijaninem bez Chrystusa, bo napisał:

„Już powraca Dziewica, powracają królestwa Saturna;”

„Już nowe potomstwo zsyłane jest z nieba wysokiego.”

A Ojciec przemawiający do Syna:

„Synu mój, mocy moja, jedyna wielka potęgo moja.”

A po słowach Zbawiciela na krzyżu:

„Takie rzeczy przypominając, trwał niezachwianie.”

To są dziecinady, podobne do sztuczek kuglarzy — uczyć tego, czego się nie wie; a raczej, by powiedzieć z oburzeniem, nawet nie wiedzieć, że się nie wie.

Zapewne Księga Rodzaju jest najzupełniej jasna, w której opisane jest stworzenie świata, początek rodzaju ludzkiego, podział ziemi, pomieszanie języków i narodów, aż do wyjścia Hebrajczyków.

Księga Wyjścia jest otwarta ze swymi dziesięcioma plagami, Dekalogiem, mistycznymi i Bożymi przykazaniami.

Księga Kapłańska jest pod ręką, w której poszczególne ofiary, ba, niemal każda sylaba, i szaty Aarona, i cały porządek lewicki tchnął niebieskie tajemnice.

Czyż Księga Liczb nie zawiera tajemnic całej arytmetyki i proroctwa Balaama, i czterdziestu dwóch obozowisk na pustyni?

Księga Powtórzonego Prawa również, drugie Prawo i zapowiedź Prawa Ewangelicznego — czyż nie zawiera tego, co pierwsze, w taki sposób, że przecież wszystko jest nowe ze starego? Dotąd Mojżesz, dotąd Pięcioksiąg, którego pięcioma słowami Apostoł chlubi się, że wolałby przemawiać w Kościele.

Hiob, wzór cierpliwości — jakich tajemnic nie obejmuje swą mową? Zaczyna się prozą, przechodzi w wiersz i kończy mową potoczną; i wszystkie prawa dialektyki rozstrzyga przez tezę, założenie, potwierdzenie i wniosek. Każde słowo w nim jest pełne znaczeń. I (by o reszcie milczeć) tak prorokuje zmartwychwstanie ciał, że nikt nie napisał o nim ani jaśniej, ani ostrożniej. „Wiem, powiada, że Odkupiciel mój żyje, i w dniu ostatecznym powstanę z ziemi; i znowu przyoblekę się w skórę moją, i w ciele moim ujrzę Boga, którego ja sam ujrzę, i oczy moje zobaczą, a nie kto inny. Ta nadzieja moja złożona jest w łonie moim.”

Przechodzę do Jozuego, syna Nawego, który nosi typ Pana nie tylko czynami, lecz i imieniem; przeprawia się przez Jordan, obala królestwa wrogów, dzieli ziemię dla zwycięskiego ludu i poprzez poszczególne miasta, wioski, góry, rzeki, potoki i granice opisuje duchowe królestwa Kościoła i niebieskiego Jeruzalem.

W Księdze Sędziów, ilu przywódców ludu, tyle typów.

Rut Moabitka wypełnia proroctwo Izajasza, który mówi: „Wyślij baranka, Panie, władcę ziemi, ze skały pustynnej ku górze córki Syjonu.”

Samuel, w śmierci Helego i zabiciu Saula, ukazuje zniesienie starego Prawa. Ponadto w Sadoku i Dawidzie zaświadcza o tajemnicach nowego kapłaństwa i nowego królestwa.

Melachim, to jest trzecia i czwarta Księga Królewska, od Salomona do Jechoniasza i od Jeroboama, syna Nebata, do Ozeasza, który został uprowadzony do Asyrii, opisuje królestwo Judy i królestwo Izraela. Jeśli spojrzysz na historię, słowa są proste; jeśli zbadasz ukryty sens w tekście, opowiedziana jest nieliczność Kościoła i wojny heretyków przeciw Kościołowi.

Dwunastu proroków, stłoczonych w ciasnym zakresie jednego tomu, zapowiada o wiele więcej, niż brzmi litera.

Ozeasz często wymienia Efraima, Samarię, Józefa, Jizreel, i żonę nierządną, i synów nierządu, i cudzołożnicę zamkniętą w komnacie męża, siedzącą długo jak wdowa i w żałobnych szatach oczekującą powrotu męża do siebie.

Joel, syn Petuela, opisuje ziemię dwunastu pokoleń strawioną przez gąsienicę, szarańczę, robaka i niszczycielską rdzę; a po obaleniu dawnego ludu, że Duch Święty zostanie wylany na sługi i służebnice Boże, to jest na sto dwadzieścia imion wierzących, i zostanie wylany w Wieczerniku na Syjonie. Owe sto dwadzieścia, wzrastając stopniowo od jednego do piętnastu, tworzą liczbę piętnastu stopni, które mistycznie zawarte są w Psałterzu.

Amos, pasterz i prostaczek, zrywający morwy z cierni, nie daje się wyjaśnić w kilku słowach. Któż bowiem zdoła godnie wyrazić trzy lub cztery zbrodnie Damaszku, Gazy, Tyru, Edomu, synów Ammona i Moabu, a w siódmym i ósmym stopniu — Judy i Izraela? Mówi on do tłustych krów, które są na górze Samarii, i zaświadcza, że dom większy i mniejszy upadnie. Sam widzi stwórcę szarańczy i Pana stojącego na murze tynkowanym lub diamentowym, i hak z owocami ściągający kary na grzeszników, i głód na ziemi — nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz słuchania słowa Bożego.

Abdiasz, którego imię oznacza sługa Boży, grzmi przeciw Edomowi, człowiekowi krwawemu i ziemskiemu; i uderza duchową włócznią tego, który zawsze był rywalem swego brata Jakuba.

Jonasz, najpiękniejsza gołębica, zapowiadając swoim rozbiciem mękę Pana, wzywa świat do pokuty i pod imieniem Niniwy zwiastuje zbawienie narodom.

Micheasz z Moreszet, współdziedzic Chrystusa, zapowiada zniszczenie córki rozbójnika i zakłada oblężenie przeciw niej, ponieważ uderzyła w policzek sędziego Izraela.

Nahum, pocieszyciel świata, karci miasto krwi, a po jego obaleniu mówi: „Oto na górach stopy tego, który przynosi dobrą nowinę i zwiastuje pokój.”

Habakuk, mocny i nieulegający zapaśnik, stoi na swojej straży i stawia stopę na twierdzy, aby kontemplować Chrystusa na krzyżu i powiedzieć: „Chwała Jego okryła niebiosa, a ziemia pełna jest Jego chwały. Jasność Jego będzie jak światło; rogi są w Jego rękach: tam ukryta jest Jego potęga.”

Sofoniasz, stróż i znawca tajemnic Bożych, słyszy krzyk od Bramy Rybnej i lament z Dzielnicy Drugiej, i zniszczenie z pagórków. Ogłasza też wycie dla mieszkańców Moździerza, bo umilkł cały lud Kanaanu i zginęli wszyscy, którzy byli owinięci w srebro.

Aggeusz, świąteczny i radosny, który siał we łzach, aby żąć w radości, odbudowuje zniszczoną świątynię i wprowadza Boga Ojca mówiącego: „Jeszcze raz, za krótki czas, a Ja wstrząsnę niebem i ziemią, morzem i lądem, i poruszę wszystkie narody, i przyjdzie Upragniony wszystkich narodów.”

Zachariasz, pamiętający o swoim Panu, wieloraki w proroctwie, widzi Jezusa odzianego w brudne szaty i kamień o siedmiu oczach, i złoty świecznik z tyloma lampami co oczami, a także dwie oliwki po lewej i prawej stronie lampy; tak że po czarnych koniach, czerwonych, białych i srokacich, i po rozproszeniu rydwanów z Efraima, i koniu z Jerozolimy, prorokuje i ogłasza ubogiego króla, siedzącego na oślęciu, źrebięciu oślicy podjarzemnej.

Malachiasz, otwarcie i na końcu wszystkich Proroków, o odrzuceniu Izraela i powołaniu narodów: „Nie mam w was upodobania, mówi Pan Zastępów, i ofiary nie przyjmę z waszej ręki. Bo od wschodu słońca aż do jego zachodu wielkie jest imię moje wśród narodów; i na każdym miejscu składa się kadzidło i czysta ofiara jest przynoszona imieniu mojemu.”

Izajasz, Jeremiasz, Ezechiel i Daniel — któż zdoła ich zrozumieć lub wyłożyć? Pierwszy zdaje mi się snuć nie proroctwo, lecz Ewangelię.

Drugi splata laskę migdałową i kocioł wrzący od strony północnej, i lamparta pozbawionego swych barw, i poczwórny alfabet w różnych metrach.

Trzeci ma początek i koniec okryte tak wielkimi ciemnościami, że u Hebrajczyków części te, wraz z początkiem Księgi Rodzaju, nie są czytane przed trzydziestym rokiem życia.

Czwarty zaś, ostatni spośród czterech proroków, świadomy czasów i kamienia odciętego z góry bez rąk, obalającego wszystkie królestwa świata, jasną mową ogłasza.

Dawid, nasz Symonides, nasz Pindar i Alkajos, nasz Horacy też, Katullus i Serenus, opiewa Chrystusa na lirze i na dziesięciostrunnym psalterze wskrzesza Zmartwychwstałego z otchłani.

Salomon, pokojowy i umiłowany Pana, naprawia obyczaje, uczy o naturze, łączy Kościół z Chrystusem i śpiewa słodki epithalamium świętych zaślubin.

Ester, w typie Kościoła, wyzwala lud z niebezpieczeństwa; a po zabiciu Hamana — którego imię oznacza niegodziwość — przesyła potomnym uczty część i dzień uroczysty.

Księga Kronik, to jest skrót Starego Testamentu, jest tak wielka i takiej natury, że ktokolwiek bez niej chciałby rościć sobie znajomość Pisma Świętego, uczyniłby z siebie pośmiewisko. Przez poszczególne bowiem imiona i złączenia słów zarówno poruszane są historie pominięte w Księgach Królewskich, jak i wyjaśniane są niezliczone kwestie Ewangelii.

Ezdreasz i Nehemiasz — to jest pomocnik i pocieszyciel od Pana — ściśnięci w jeden tom; odnawiają świątynię, wznoszą mury miasta; i cała owa rzesza ludu powracającego do ojczyzny, i spis kapłanów, lewitów, Izraelitów i prozelitów, i prace nad murami i wieżami rozdzielone między poszczególne rodziny — na powierzchni ukazują jedno, a w głębi zachowują drugie. Widzisz, że ja, porwany miłością do Pism, przekroczyłem właściwą miarę listu, a jednak nie wypełniłem tego, co chciałem. Usłyszeliśmy jedynie, co powinniśmy wiedzieć, czego powinniśmy pragnąć, abyśmy i my mogli powiedzieć: „Dusza moja pragnęła pożądać ustaw Twoich w każdym czasie.” Zresztą owo sokratejskie powiedzenie spełnia się w nas: „Wiem tylko to, że nic nie wiem.”

Wspomnę pokrótce i o Nowym Testamencie.

Mateusz, Marek, Łukasz i Jan — czwórka zaprzęgowa Pana i prawdziwe Cheruby, co się tłumaczy jako „wielość wiedzy” — są pokryci oczami po całym ciele; iskry z nich tryskają, błyskawice biegają; mają stopy proste, wznoszące się ku górze, a plecy skrzydlate i wszędzie latające; trzymają się nawzajem i są ze sobą splecione, i niczym koło w kole się obracają, i podążają dokądkolwiek tchnienie Ducha Świętego je poniesie.

Apostoł Paweł pisze do siedmiu kościołów; ósmy bowiem, do Hebrajczyków, przez większość jest stawiany poza liczbą. Poucza Tymoteusza i Tytusa, a za zbiegłego niewolnika wstawia się u Filemona. O czym lepiej, sądzę, milczeć, niż mało pisać.

Dzieje Apostolskie zdają się wprawdzie brzmieć gołą historią i snuć dzieciństwo rodzącego się Kościoła; lecz jeśli wiemy, że ich autorem jest Łukasz, lekarz, którego chwała jest w Ewangelii, spostrzeżemy zarazem, że wszystkie jego słowa są lekarstwem dla chorej duszy.

Jakub, Piotr, Jan i Juda wydali siedem listów, równie mistycznych, co zwięzłych, a zarazem krótkich i długich — krótkich w słowach, długich w treści — tak że rzadko kto nie błądzi po omacku przy ich czytaniu.

Apokalipsa Jana ma tyle tajemnic, ile słów. Zbyt mało powiedziałem: wszelka pochwała jest niższa od zasługi tej Księgi. W poszczególnych słowach ukryte są wielorakie znaczenia. Proszę cię, najdroższy bracie, żyj pośród tych rzeczy, nad nimi rozmyślaj, niczego innego nie znaj, niczego innego nie szukaj. Czyż nie wydaje ci się już tu na ziemi mieszkaniem królestwa niebieskiego? Nie chcę, abyś się gorszył prostotą i jakby taniością słów w świętych Pismach, które zostały wydane bądź z winy tłumaczy, bądź celowo, aby łatwiej pouczały prosty lud, i aby w jednym i tym samym zdaniu uczony słyszał jedno, a nieuczony drugie. Nie jestem tak zuchwały i tępy, bym obiecywał, że te rzeczy znam i mogę zrywać owoce tego, czego korzenie tkwią w niebie; lecz wyznaję, że chcę. Wolę siebie od tego, kto siedzi bezczynnie; odmawiając bycia mistrzem, ofiaruję się jako towarzysz. Temu, kto prosi, będzie dane; temu, kto puka, otworzą; kto szuka, znajduje. Uczmy się na ziemi tej wiedzy, która przetrwa z nami w niebie. Przyjmę cię z otwartymi ramionami i (by wyrzec coś niedorzecznego, na wzór pompatyczności Hermagorasa) czegokolwiek będziesz szukał, postaram się wiedzieć razem z tobą. Masz tu najbardziej cię kochającego brata Euzebiusza, który podwoił mi łaskę twego listu, opowiadając o prawości twoich obyczajów, o pogardzie dla świata, o wierności w przyjaźni, o miłości Chrystusa. O twojej roztropności zaś i wdzięku wymowy nawet bez niego sam list świadczył. Śpiesz się, błagam cię, i raczej przetnij niż rozwiązuj linę łódeczki tkwiącej na mieliźnie. Nikt, kto zamierza wyrzec się świata, nie może z pożytkiem sprzedawać tego, co wzgardził, aby sprzedać. Cokolwiek wydasz z własnych zasobów, poczytaj za zysk. Stare to powiedzenie: skąpcowi brakuje zarówno tego, co ma, jak i tego, czego nie ma. Dla wierzącego cały świat jest bogactwem; a niewierny potrzebuje nawet obola. Żyjmy tak, jakbyśmy nic nie mieli, a wszystko posiadali. Wyżywienie i odzienie — to bogactwa chrześcijan. Jeśli masz swą własność w swojej mocy, sprzedaj ją; jeśli nie masz, porzuć ją. Temu, kto bierze tunikę, i płaszcz trzeba zostawić. Zaiste, jeśli ty, ciągle odkładając na jutro i wlokąc się z dnia na dzień, ostrożnie i krok po kroku będziesz sprzedawał swe drobne posiadłości, Chrystus nie będzie miał z czego żywić swoich ubogich. Wszystko dał Bogu, kto ofiarował samego siebie. Apostołowie zostawili jedynie łódź i sieci. Wdowa wrzuciła do skarbony dwa drobne pieniążki i jest stawiana wyżej od bogactw Krezusa. Łatwo gardzi wszystkim, kto zawsze pamięta, że ma umrzeć.


O KULCIE JEZUSA CHRYSTUSA W PISMACH.

Ten list, zaczerpnięty z dzieła zatytułowanego Listy do młodego człowieka o życiu chrześcijańskim, autorstwa o. H. D. Lacordaire'a, Paryż, 1858, wydanego przez Poussielgue-Rusand, zamieszczony za łaskawą zgodą zarówno Autora, jak i Wydawcy, aby wzbogacić — a raczej ozdobić — nasze wydanie; żaden czytelnik nie odmówi przyjęcia go z wdzięcznością.

Pierwszym miejscem, w którym spotykamy tych, których kochamy, jest ich historia. Historia jest przeszłością życia przetrwałą w pisemnym wspomnieniu. Nie byłoby przyjaźni, gdyby pamięć nie wskrzeszała w duszy i nie uobecniała w niej tych, którym oddaliśmy nasze serce. To tam żyją oni naszym własnym życiem, tam widzimy ich przy sobie, tam ich rysy i czyny pozostają wyryte i zachowane w reliefie stanowiącym część naszego jestestwa. Lecz pamięć, nawet najwierniejsza, jest pod pewnymi względami krótka, i jeśli chce się przekazać innym, zapisując im umiłowany obraz, musi przemienić się w historię i wyryć się na spiżu, który nie boi się czasu. Historia jest pamięcią unieśmiertelnionego wieku. Przez nią pokolenia zbliżają się do siebie i, choćby jak najbardziej pędzone w swym biegu i swym zanikaniu, czerpią z ogniska wspomnienia jedność, która stanowi ich duszę i ich pokrewieństwo. Człowiek, który nie ma historii, jest cały w swoim grobie; naród, który nie podyktował swojej, jeszcze się nie narodził.

Z tego wynika, że religia, będąc pierwszą pośród wszystkich spraw ludzkich, musi mieć historię, która jest również pierwszą, i że Jezus Chrystus, będąc centrum i fundamentem religii, musi zajmować w dziejach świata miejsce, którego żaden inny — zdobywca, filozof czy prawodawca — nie mógłby osiągnąć. Tak jest, mój drogi Emmanuelu. Jakkolwiek głęboko by się wnikało w starożytność czy zstępowało ponownie ku nowym wiekom, nic nie ukazuje się z charakterem naszych Pism, ani nic z majestatem Jezusa Chrystusa. Nie zatrzymuję się, by ci to ukazać; uczyniłem to gdzie indziej, i jest rzeczą uzgodnioną między nami, że nie kwestia apologetyki nas zajmuje, lecz kwestia życia — to znaczy poznawania i miłowania Boga przez poznanie i miłość Jezusa Chrystusa.

Otóż, czy to by poznawać, czy by kochać, trzeba zbliżyć się do przedmiotu, który zdobył przeczucia naszego serca, patrzeć nań, studiować go, wracać doń, aby żadne znużenie nigdy nie przerywało tego zapału odkrywania i posiadania; a jeśli śmierć lub nieobecność zabrały go naszym oczom, jeśli stulecia rzuciły między niego a nas długie odstępy, to w jego historii trzeba go szukać na nowo. Czy nie zauważyłeś, w toku swoich studiów klasycznych, niepojętej i boskiej magii historii? Skąd to się bierze, że Grecja jest dla nas jakby ojczyzną, która nigdy nie umiera? Skąd się bierze, że Rzym, ze swoją trybuną i swoimi wojnami, wciąż nas ściga swoim niezwyciężonym obrazem i panuje nad potomnością, która nie jest jego własną, swoimi wygasłymi wielkościami? Dlaczego te imiona Milcjadesa i Temistoklesa, dlaczego te pola Maratonu i Salaminy, zamiast być zapomnianymi grobami, są rzeczami naszego wieku, wieńcami wplecionymi wczoraj, okrzykami, które rozbrzmiewają i czepiają się naszych wnętrzności, by nimi wstrząsać? Nie mogę, cokolwiek czynię, uciec przed ich mocą; jestem Ateńczykiem, Rzymianinem; mieszkam u stóp Partenonu i słucham w milczeniu u podnóża Skały Tarpejskiej Cycerona, który do mnie mówi i mnie wzrusza. To historia to sprawia. Strona napisana dwa tysiące lat temu zwyciężyła owe dwa tysiące lat; zwycięży kolejne dwa tysiące i tak wciąż, dopóki wieczność nie zastąpi czasu, a Bóg, który jest całą przyszłością, nie stanie się dla nas również całą przeszłością. Lecz rozumiesz dobrze — owo panowanie nad pamięcią ludzi nie należy do byle jakiej strony napisanej przez byle jakiego pisarza o jakichkolwiek czynach jego współczesnych. Nie, historia jest przywilejem, darem danym geniuszowi na rzecz wielkich narodów i wielkich rzeczy. Nie ma historii Cesarstwa Zachodniorzymskiego i nigdy jej nie będzie; to Rzym wydał Liwiusza, zanim umarł, i to Rzym wciąż jeszcze inspirował Tacyta, przywołując mu pod rządami Nerona duszę swoich konsulów.

Lecz czym jest Rzym lub Grecja wobec chrześcijaństwa? Czym jest Aleksander lub Cezar wobec Jezusa Chrystusa? Religia nie jest sprawą jednego narodu; jest sprawą całej ludzkości; jej historia nie jest historią jednego człowieka; jest historią Boga. A jeśli Bóg dał historyków niektórym narodom, ponieważ miały cnoty, i niektórym ludziom, ponieważ mieli geniusz, cóż dopiero uczynił dla swego jedynego Syna, przeznaczonego od początku, aby przyjść pośród nas i napełnić swoją obecnością wszystkie czasy i wszystkie miejsca? Historia Jezusa Chrystusa jest historią nieba i ziemi. Muszą się w niej znaleźć zamysły Boga wobec świata, prawa pierwotne i powszechne, początki ras, następstwo wydarzeń, które wpłynęły na ogólny bieg spraw ludzkich, kierunki opatrzności, proroctwa przyszłości, wybranie narodów i wieków, chwała ludzi przeznaczonych do wiecznych zamiarów, walka dobra ze złem w jej najgłębszych przejawach, autentyczne ogłoszenie prawdy, a wreszcie ponad wszystkim, od szczytu po podstawę, postać Chrystusa oświecająca wszystko swoim światłem i swoim pięknem. Poznajesz w tych rysach nasze Pisma Święte; wiesz, że zostały spisane pod natchnieniem tchnienia Bożego, który poruszył wolę pisarzy, wzbudził i skierował ich myśli, i że tym samym nie są one jedynie wspaniałą budowlą starożytności, jedności i świętości, lecz budowlą Boską, istotnym dziełem nieskończonej prawdy, w której prorocy dali jedynie szatę swego stylu i akcent swej duszy, aby było w tym coś ludzkiego, jak we wszystkim, i aby niezmienna boskość treści tym wyraźniej jaśniała poprzez zmienne przypadłości pierwiastka ludzkiego. Dzieło czterech tysięcy lat, widać w nim rękę wielu, lecz jedna inteligencja nad nim przewodniczy, i to spotkanie jedności i wielości w tak długim czasie jest pierwszym cudem tej wzniosłej kompozycji. Gdy się je otwiera, nie znając jego prawdziwego autora, jako zwykłą księgę, nie można oprzeć się władzy jego charakteru i rozpoznaje się w nim przynajmniej najbardziej zdumiewający pomnik historii, prawodawstwa, moralności i wymowy, jaki istnieje pod niebem. Lecz dla nas, którzy wiemy, kim był historyk, kim prawodawca i poeta, zupełnie inne uczucie nas ogarnia: nie sam podziw ani zdumienie; lecz adoracja wiary i drżenie nadprzyrodzonej wdzięczności. Tam, od pierwszej linii, u naszych stóp padają błąd człowieka w jego dziecięctwie i błąd człowieka zdegenerowanego, zmyślenia bałwochwalstwa, które widzi Boga wszędzie, i zaprzeczenia panteizmu, który nie widzi Go nigdzie. Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię (1). Od tego pierwszego słowa po ostatnie — Łaska Pana naszego niech będzie z wami wszystkimi (2) — światło postępuje wciąż rosnąc, jak słońce, które nie miałoby zachodu, a którego nieustanny wznos powiększałby z każdą chwilą blask i ciepło. To już nie pismo; to słowo. To już nie martwa litera ukrywająca pod swymi fałdami prawdy odkryte przez rozumowanie i obserwację; to słowo żywe, wieczne słowo Boga.

Jakież to słowo, Emmanuelu — słowo Boga! Nie ma nic słodszego niż słowo człowieka, gdy wychodzi z umysłu prawego i serca, które nas kocha; przenika nas, porusza nas, oczarowuje nas, usypia nasze bóle i wynosi nasze radości; jest balsamem i kadzidłem naszego życia. Czym więc musi być słowo Boga dla tego, kto potrafi je rozpoznać i usłyszeć? Czym musi być móc powiedzieć sobie: Bóg natchnął tę myśl; to On mówi do mnie przez nią, to do mnie jest skierowana, to ja jej słucham? A kiedy się doszło, strona po stronie, do samego słowa Jezusa Chrystusa, do tego słowa, które nie było już zwykłym wewnętrznym i prorockim natchnieniem, lecz wyczuwalnym tchnieniem bóstwa, namacalnym wyrazem Słowa Bożego, słyszanym przez tłumy tak samo jak przez uczniów — cóż pozostaje, jak nie zamilknąć u stóp Mistrza i pozwolić, by echo Jego głosu rozbrzmiewało w naszej duszy?

Pismo Święte jest zarazem historią Jezusa Chrystusa i słowem Boga. Od jednego końca po drugi ma ten podwójny charakter. Już od pierwszej strony, pod wzruszającymi cieniami raju ziemskiego, zapowiada nam przyjście Zbawiciela ludzi. Ta obietnica, przekazana patriarchom, przybiera z księgi na księgę jasność, która wypełnia wszystkie wydarzenia i popycha je ku przyszłości jako przygotowanie i zapowiedź tego, co jest oczekiwane. Lud Boży kształtuje się na wygnaniu i w walce; Jerozolima zostaje założona, Syjon się wznosi; ród Mesjasza, odłączając się od pierwotnego pnia plemion patriarchalnych, rozkwita w Dawidzie, który przechodzi od trzód Betlejem do tronu Judy i stamtąd ogląda i opiewuje syna, który narodzi się z jego potomstwa, aby być królem królestwa bez końca (1). Prorocy podejmują na grobie Dawida harfę dni, których jeszcze nie ma; towarzyszą Judzie w jego nieszczęściach, idą z nim na wygnanie; Babilon słyszy nad brzegami swoich rzek głos świętych, których nie zna, a Cyrus, jego zdobywca, mówi mu o Bogu, który stworzył niebo i ziemię i który nakazał mu odbudować świątynię Jerozolimy. Ta świątynia odradza się. Słucha lamentów i żarliwości ostatnich proroków, a po przerwie, po tym jak została zbezczeszczona przez narody i oczyszczona przez Machabeuszów, widzi Syna Bożego przychodzącego w ramionach Dziewicy, i od swoich krużganków po sanktuarium, od sanktuarium po Święte Świętych, powtarza sobie najwyższe słowo starca Symeona: Teraz, Panie, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według słowa Twego, bo oczy moje ujrzały Twoje zbawienie, zbawienie, które przygotowałeś wobec wszystkich narodów, światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela (2). Jezus Chrystus przyszedł. Ewangelia następuje po prawie i proroctwach, a prawda, wypełniając figurę, jaśnieje nad przeszłością, którą wyjaśnia, przyjąwszy od niej świadectwo. Wszystkie czasy spotykają się w Chrystusie i historia nabiera pod Jego stopami wiecznej jedności. To On jest odtąd wszystkim; do Niego wszystko się odnosi, od Niego wszystko pochodzi; On wszystko stworzył i wszystko osądzi. Jordan przyjmuje Go w swoich wodach pod ręką poprzednika, który Go chrzci; góry widzą, jak wspina się po ich zboczach, a za Nim cały lud, i słyszą z Jego ust to słowo, którego żaden inny jeszcze nie wypowiedział: Błogosławieni ubodzy, błogosławieni, którzy płaczą. Jeziora użyczają swych brzegów Jego naukom, a swoich fal Jego cudom. Prości rybacy składają sieci na Jego widok i idą za Nim, by stać się pod Jego wodzą rybakami ludzi. Mędrcy radzą się Go pod osłoną nocy; niewiasty towarzyszą Mu i służą w świetle dnia. Wszelkie nieszczęście przychodzi Go szukać, wszelka rana pokłada w Nim nadzieję, a śmierć ustępuje Mu opłakane już dzieci, by je oddał ich matkom. Kocha św. Jana, młodzieńca, i Łazarza, męża dojrzałego. Rozmawia z Samarytanką i błogosławi cudzoziemkę. Grzesznica namaszcza Jego głowę i całuje Jego stopy; cudzołożnica znajduje u Niego łaskę. Zawstydza próżną mądrość doktorów i wypędza ze świątyni tych, którzy uczynili z miejsca modlitwy miejsce handlu. Wymyka się tłumowi, który chce Go obwołać królem, a kiedy wjeżdża do Jerozolimy poprzedzony hosannami, które pozdrawiają w Nim syna Dawida i odkupiciela świata, wjeżdża na oślicy przykrytej szatami swoich uczniów. Synagoga Go sądzi, królewskość Nim gardzi, Rzym Go skazuje; umiera na krzyżu, błogosławiąc świat, a setnik, który widzi Go umierającego pośród obelg tłumu i bluźnierstw możnych, poznaje, bijąc się w piersi, że jest Synem Bożym. Grób przyjmuje Go z rąk śmierci; lecz trzeciego dnia ten grób, strzeżony przez nienawiść, otwiera się sam i przepuszcza triumfującego władcę życia. Jego uczniowie widzą Go ponownie; ich ręce Go dotykają i adorują, ich usta Go wyznają; otrzymują od Niego ostatnie pouczenia, a gdy wszystko, co winno być widzialne, dopełniło się dla człowieka, Syn Boży i Syn Człowieczy na obłoku podejmuje drogę do nieba, zostawiając swoim apostołom świat do zdobycia. Wkrótce Piotr, rybak, cały oświecony poruszeniami Ducha Świętego, schodzi do bram wieczernika i przemawia do tłumu, zdumionego, że go słyszy, mimo różnorodności swych pochodzeń i języków. Paweł, prześladowca, nie zwleka z pojawieniem się u jego boku; niesie imię Jezusa do narodów, których jest apostołem; Antiochia go posiada, Ateny go słuchają, Korynt go przyjmuje, Efez go wypędza i błogosławi, Rzym wreszcie dotyka jego kajdan i poi się jego krwią na swym chwalebnym prochu. Jan, najbliższy z uczniów Chrystusa, święty gość Jego piersi, stoi na brzegach Patmos i, ostatni z proroków, zapowiada Kościołowi jego przemiany w cierpieniu i chwale aż do końca wieków.

Historia Jezusa Chrystusa dzieli się zatem na trzy okresy rozłożone na cztery tysiące lat: czasy prorockie, czasy ewangeliczne i czasy apostolskie. W pierwszym Jezus Chrystus jest oczekiwany i przygotowywany; w drugim objawia się, żyje i umiera pośród nas; w trzecim zakłada swój Kościół przez apostołów, którzy z Nim żyli, którzy otrzymali Jego nauki i odziedziczyli Jego władzę. Ta tkanina nigdy się nie przerywa i nosi w sobie, sama przez siebie, dowód swojej prawdziwości. Lecz czym innym jest odczuwać prawdziwość dowodu, a czym innym karmić się odczutą prawdą. Jak w przyjaźni istnieją dwa momenty — ten, w którym upewniamy się, że jesteśmy kochani, i ten, w którym cieszymy się szczęściem bycia kochanym — tak i w nadprzyrodzonym życiu chrześcijaństwa istnieją dwa odrębne momenty: ten, w którym rozpoznajemy Jezusa Chrystusa w boskości Jego historii, i ten, w którym oddajemy się niewysłowionej słodkości tej potwierdzonej historii. W tym drugim momencie wątpliwości uciekły, pewność jest panią; nie szuka się już, nie bada się, nie gorszy się: historia staje się słowem, samym słowem Boga, a to słowo płynie do duszy jak rzeka światła i namaszczenia. Przenika aż do ostatnich włókien naszych najodleglejszych władz, jak krew ożywiająca nasze żyły toruje sobie drogę do krańców naszych najtajemniejszych organów; budzi w nas odrazę do wszelkiego innego pokarmu duchowego, a raczej wszystko, co czytamy, i wszystko, co myślimy, przemienia się w kontakcie z tym potokiem łaski i prawdy, który płynie do nas z Pisma Świętego, a przez Pismo Święte — od samego Ducha Bożego.

Kiedy czytałem Pisma po raz pierwszy, nie miałem wiary: i tak nie było to wrażenie wierzącego, którego doświadczyłem, lecz wrażenie człowieka dobrej woli. Wydało mi się, że trzymam w rękach książkę bardzo różnorodną, pisaną w długich odstępach przez bardzo różnych ludzi, lecz że wszystkie te fragmenty zebrane razem tworzą jedną całość o wielkiej piękności. Trudno mi jednak wyrazić, co wówczas odczuwałem, gdyż wspomnienie owego pierwszego czytania zostało niejako pochłonięte przez uczucie, które otrzymałem od niego później. To dziś, po trzydziestu latach wiary, Pisma są mi naprawdę znane, przynajmniej w tym stopniu, w jakim ogół dusz może dotrzeć. Księga Rodzaju, Wyjścia, Kapłańska, Liczb i Powtórzonego Prawa stanowią wraz z następującymi po nich księgami historycznymi rozległą opowieść o początkach świata, ludzkości, ludu Bożego, jego kultu i prawodawstwa, jego wojen i losów: nic porównywalnego nie spotyka się w żadnej literaturze świeckiej, a nadprzyrodzony charakter narracji przebija wszędzie zarówno dla oczu rozumu, jak i wiary. Emocja zajmuje w nich niewiele miejsca; nie jest to dramat, w którym serce jest wstrząsane jak muzyką i w którym łzy płyną same przed opowieścią: to historia ludzkości jeszcze w dziecięctwie, poważna, prosta, monumentalna, oświetlona ręką Boga w szerokich liniach jej wydarzeń, okryta zasłoną dawnych czasów i obyczajów, wobec której człowiek naszych dni pozostaje obcy przez wszystko, co jest w nim przemijające i osobiste. Słychać w tej odległej atmosferze głos Boga, który stwarza, upadek człowieka, który upada, hałas świata, który się psuje i jest karany śmiercią, lament boskiej sprawiedliwości wobec winnych miast i obietnicę wyzwoliciela, która umacnia się i precyzuje w miarę jak posuwamy się w tym szerokim i niezgłębionym horyzoncie. Wszystko jest w nim spokojne, uroczyste i bez pośpiechu; żaden rys namiętności nie mąci pogody rzeczy i języka; święty historyk myśli tylko o Bogu, o ludzie Bożym i o zbawieniu świata. Z wyżyn tej myśli patrzy na mijające wieki i pokolenia, nie wzruszając się niczym innym jak Boską chwałą i Boskim miłosierdziem. Można by się czuć jak na pustyni z jedynym towarzyszem — słońcem, tak bardzo treść tych ksiąg jest zarazem nieruchoma, świetlista i jałowa. Nigdy słaba i gorąca strona naszego jestestwa nie znajduje tam pożywienia. Zaledwie tu i ówdzie, w jakimś fragmencie historii bliższej nam, czujemy delikatnie poruszającą się bryzę człowieczeństwa. Józef odnajdujący braci, którzy go niegdyś sprzedali, Tobiasz obejmujący swego starego ojca po długiej nieobecności i jeszcze dłuższych niepokojach, Machabeusze wyzwalający ojczyznę spod jarzma obcego: te sceny i kilka innych przywracają nas do ogniska naszej natury, lecz rzadko i z pewnego rodzaju boską oszczędnością. Kiedy czytałem ów słynny Pieśń nad pieśniami, który Wolter z takim gustem nazwał piosenką koszarową, zdumiałem się, że pozostaję tak chłodny wobec tak wielkiej i tak wschodniej nagości wyrazu; zapytałem sam siebie, dlaczego, sądząc że znalazłem jedyny fragment Biblii, który jest polem dla namiętnych emocji, nie doświadczam niczego prócz spokoju i czystości. To dlatego, że Pismo Święte, w pełni natchnione przez Boga, nie przekazuje niczego prócz tego, co jest od Boga. Nawet gdy posługuje się językiem namiętności, to Bóg w nim mówi, a serce ludzkie, które się w nim odbija, pozwala dostrzec jedynie część boską — tę, która jest jego wiecznym fundamentem i niezniszczalną pięknością. Dlatego pierwsze czytanie Pisma nie wzrusza; trzeba doń wracać cierpliwie i długo; trzeba w nim ćwiczyć się i karmić się nim, by uchwycić jego smak; trzeba zwyciężyć ducha ciała, jak mówi apostoł św. Paweł, zanim pozna się i odczuje ducha Boga, a życie nie jest na tę inicjację zbyt długie. Rolnik czeka, aż ziemia wyda mu owoc jego siewu; górnik nie zatrzymuje się na powierzchni gleby — kopie, schodzi, przeszukuje ziemię krwawiącymi rękoma i dopiero na dnie szybu ukazuje mu się bogactwo. Pismo Święte jest studnią wykopaną ręką Boga: idź aż na dno, a skarb będzie twój.

Daremne byłoby więc prosić czytelnika, by zasiadł po raz pierwszy przed Biblią z uczuciem swobody i osobistej przyjemności. Miód nie spływa po jej stronach; nic z tego, co przynależy człowiekowi, nie jest w niej pochlebiane. Wszystkie interesy pospolitej ciekawości, które przywiązują nas do kompozycji ludzkich, brakują przy tym pierwszym spotkaniu z księgą świętą, i jeśli czytelnik nie uchwyci jej śmiałym zmaganiem, jeśli nie jest chrześcijaninem lub filozofem — to znaczy przepełnionym wiarą lub szacunkiem — będzie kuszony, by zamknąć księgę lub otwierać ją jedynie przez niedbałą miłość wiedzy. Zachęcam go jednak, a oto dlaczego.

Jest w księgach Mojżesza i w księgach historycznych Starego Testamentu, wziętych samych w sobie, wyższa zasługa oryginalności, wielkości i narracji, która stawia je na pierwszym miejscu wśród pism tego samego rodzaju. Nie wystarczy powiedzieć, że cywilizacje starożytności nie mają roczników tak czcigodnych datą i charakterem, skoro najstarszymi księgami, jakie nam po księgach Mojżesza pozostały, są poematy Homera, późniejsze od Pięcioksięgu o co najmniej pięć stuleci: nie wystarczy to powiedzieć, gdyż księgi Mojżesza górują nie tylko starożytnością redakcji, lecz prostotą opowieści, brakiem wszelkiej fikcji bajecznej, pewnym nieokreślonym akcentem ojcowskości, który zarazem jest akcentem ojca, króla i proroka. Człowiek może się starzeć, jak chce; nigdy nie traci pamięci ręki położonej z autorytetem i łagodnością na jego najwcześniejszych latach i lubi ją odczuwać w swojej pamięci, nawet gdy nie zostawiła tam śladów cnoty. Tym bardziej więc, gdy ojciec był sprawiedliwy, rozumny, heroiczny i natchniony przez Boga, gdy założył na pustyni, walcząc i umierając, naród, który miał trwać cztery tysiące lat — dziecko tego człowieka, choćby jak najbardziej odległe od niego w czasie, zawsze rozpoznaje w nim potęgę krwi i geniuszu, która nie ma równej w żadnym narodzie i w żadnym wieku. Gdyby Hebrajczycy byli narodem jak każdy inny, dawno straciliby nawet pamięć swego imienia, wchłonięci przez powszechny podbój cywilizacji chrześcijańskiej. To krew Mojżesza ich zachowała, tak jak krew Chrystusa ich zachowa.

Czytaj więc księgi Mojżesza i księgi historyczne Starego Testamentu; czytaj je w spokoju, bez żadnego pośpiechu, pamiętając, że czytasz najstarszy z pomników ludzkiego umysłu. Zatrzymaj się, gdy opowieść cię męczy; wróć, gdy skupienie i odpoczynek odświeżą twoją duszę. Pij mało, lecz często. Pomyśl, że świat wyszedł z tych stron i że twoja najbardziej zaawansowana cywilizacja nigdy nie będzie niczym więcej niż komentarzem do Dekalogu i proroctw.

Jednakże, gdy dojdziesz do Psalmów Dawida i do Proroków, nowy świat otworzy się przed tobą. Proza ustąpi miejsca poezji, narracja entuzjazmowi, a mąż Boży, przenikniętym tchnieniem, które natchnie i unosi, dotknie ziemi już tylko z przerwami. Tu jest wielka poezja biblijna, pieśń nad pieśniami, lira, którą każdy zna, nawet nie usłyszawszy jej. W tym punkcie Pisma serce, które ledwo biło, zostaje przez nią pochwycone, i jeśli jest zdolne się otworzyć, poddaje się pełnemu uwielbienia zachwytu, którego nie znało dotąd, chyba że przy lekturze Homera lub Wergiliusza. Lecz czytając Homera i Wergiliusza, czuło się, że człowiek geniuszu jest krańcem naszej natury, rodzajem muzyki wydobytej z naszych własnych głębin, by nas samych zachwycać. Tutaj jest daleko ponad to: to już nie człowiek śpiewa swoje własne bóle i radości; to istota uniesiona poza siebie przez wizję Boga. Widzi Boga, a to, co wyraża resztkami ludzkiego głosu złamanego tą obecnością, żaden inny głos by powiedzieć nie mógł. To niebo przemawia do ziemi, nie ze spokojem wszechmocy, lecz z nieskończoną czułością, którą zepsucie ziemi zamieniło w ból. To Bóg woła niewierny i umiłowany lud; to ojciec, który błaga, grozi, płacze, jęczy; to prorok, który widzi, jak stulecia przechodzą przed nim, i jest świadkiem widowiska stworzenia odnowionego w sprawiedliwości; to król grzeszny i pokutujący, który wyznaje swoje winy i prosi o łaskę; to sprawiedliwy porzucony, który nie ma nikogo prócz Boga za przyjaciela; to pasterz, który czuwa i ma nadzieję; to serce przepełnione miłością, lamentami i błogosławieństwami. Całe Pismo jest piękne, lecz Psalmy i Prorocy są jego szczytem chwały, i to tam Dawid i Izajasz, siedzący w świetle, które ich unosi, oczekują chrześcijańskiego wędrowca, by dać mu ostatni chrzest wiary i miłości.

Skąd pochodzi, powiesz mi, ta moc psalmów i proroctw? Czy można ją wytłumaczyć? Tak, mój drogi Emmanuelu, można ją wytłumaczyć, a źródło tej wymowy leży w jej stosunku do Jezusa Chrystusa. Rozpatrywany w księgach Mojżesza i historii ludu hebrajskiego, Jezus Chrystus kryje się pod wydarzeniami; jest ich duszą i celem, lecz w sposób ukryty, który ujawnia się jedynie przez objawienie czasów i faktów. Trzeba przebić powłokę, by Go dotrzeć, a kiedy Go się dotarło pod tą gęstą tkaniną czynów, obrzędów i praw, które Go pokrywają, promień Jego oblicza jest jeszcze jedynie blaskiem zapożyczonym z odległych i tajemniczych odbić. Lecz w psalmach i proroctwach zasłona opada, tajemnica się rozjaśnia, osoba Jezusa Chrystusa nabiera kształtu; dostrzega się Go rodzącego z dziewicy, śledzi Jego kroki i cierpienia, jest się świadkiem Jego śmierci, widzi się Go triumfującego dnia trzeciego i siedzącego po prawicy swego Ojca, stamtąd rządzącego Kościołem i światem aż do końca wieków. Lecz to nie sama ta jasność nadaje psalmom i proroctwom wzruszenie, które nam przekazują; to miłość, która przebija przez światło. Nie wystarczy widzieć rzeczy; trzeba je kochać. Widzenie oświeca; kochanie unosi. I nic nie porywa nas tak poza nas samych jak widowisko człowieka rozpalonego Bogiem, pochylającego się nad kołyską i krzyżem Jezusa Chrystusa. Jest w tej miłości siła, która nie ma analogii, nawet w miłości matki i oblubienicy, gdyż jej przedmiot jest nieskończony, a natura nie może nic porównywalnego z tym, czego dokonuje łaska. Wszystko, co geniusz uczynił największego w służbie natury; pieśni Homera o gniewie Achillesa, pieśni Wergiliusza o nieszczęściach Eneasza, lamenty Fedry Racine'a; Romeo i Julia Szekspira; Jezioro Lamartine'a z jego wodami, brzegami i jego ukochaną — wszystko to niczym jest wobec Miserere Dawida, Lamentacji Jeremiasza i pięćdziesiątego trzeciego rozdziału Izajasza. Gdzież jest przyczyna tej różnicy, jeśli nie w przedmiocie miłości, która natchnęła te dwa porządki poezji? Kiedy Achilles opłakiwał przyjaciela zabitego w walce, kiedy Eneasz tracił brzegi ojczyzny, kiedy Fedra wyznawała sama sobie grozę swojej namiętności, kiedy Romeo i Julia zasnęli snem swojej miłości, a kiedy ukochana Lamartine'a po raz ostatni zwróciła oczy na wody, które kołysały jej zwierzenia — muza człowieka jest wyczerpana. Wyczerpała wszystko, co w niej płodnego i czułego; opada zwiędła na krawędziach tych grobów, które na chwilę zaczarowała, i pozostaje jej, w wiecznym wdowieństwie, jedynie wspomnienie własnego głosu. Lecz kiedy Dawid opłakiwał swój grzech, kiedy Jeremiasz płakał nad Jerozolimą, kiedy Izajasz widział z daleka mękę swego Zbawiciela, ich dusza nie została umniejszona przez wszystko, co dała; źródło, z którego czerpali, rosło w nich wraz z potokami ich mowy, i, daleko szczęśliwsi od poetów człowieka, nie powierzyli straży swej pamięci grobom, lecz ołtarzom. Przy tych ołtarzach, wzniesionych w całym świecie chrześcijańskim, zasiada człowiek i stoi lud: człowiekiem jest kapłan; ludem jesteśmy my wszyscy. Ani ten człowiek, ani ten lud nie są archeologami zajmującymi się ruinami; są wierzącymi, czcicielami, błagającymi, którzy co dnia powtarzają psalmy Dawida w tych samych miejscach i z tą samą wiarą co lewici Jerozolimy, w odstępie trzech tysięcy lat, i modlą się do Boga, Ojca Jezusa Chrystusa, tymi samymi słowami, którymi prorocy modlili się do Ojca Mesjasza, ich Zbawiciela i naszego.

Psalmy i proroctwa są wielką lekturą chrześcijanina. Żadna literatura ich nie przewyższa; żadna nie mogłaby tak karmić duszy i dawać jej chleba niebieskiego w chlebie ziemskim. Lecz kluczowy moment Pisma Świętego nie jest tu; jest w Ewangelii, to znaczy w żywej i osobistej opowieści o życiu Chrystusa. Dotąd Jezus Chrystus ukazywał nam się jedynie w proroctwie; mówił jedynie ustami swoich posłańców; objawił się jedynie wybranym, a w tych wybranych jedynie części ich duszy. Lecz oto zasłona opadła na zawsze i to, co było ukryte w zamyśle Boga, niejasno przeczuwane przez rozum, wyraźnie uchwycone przez proroków, objawia się światu w swej prawdziwej i dostrzegalnej postaci. Ukazał się człowiek — sam Bóg — i zamierzamy Go usłyszeć.

Co do Ewangelii, nie potrzebuje ona takich ostrożności. Można być młodym, namiętnym, pełnym świata i siebie samego, a Ewangelia będzie umiała powiedzieć nam swoje słowo: nie dlatego, że naszym pierwszym odruchem jest ją zrozumieć i pokochać; lecz jakkolwiek daleko byśmy byli od Chrystusa wiarą czy obyczajami, nie sposób nie odczuć wobec tej świetlistej i miłosiernej postaci jednego z największych uderzeń, jakie kiedykolwiek zadano w drzwi ludzkiej duszy. Znam tylko jedno, co można postawić obok tego: pierwszy widok Alp w jednej z tych chwil, gdy śnieg, niebo, słońce, zieleń i cienie osiągnęły doskonałą harmonię. Człowiek się zatrzymuje i wyrywa mu się okrzyk. Tak samo jest z Ewangelią; zatrzymuje i wyrywa okrzyk.

Czymże jest Ewangelia? Jest historią człowieka, jakiego ziemia nie widziała nigdy i nie zobaczy nigdy więcej. Nie powiem nic więcej. Jest to człowiek, który urodził się ubogi, żył ubogi i umarł ubogi; który ze swego ubóstwa nie uczynił nawet piedestału dla żadnej wielkości; który nigdy nie napisał ani jednej linii, nie wygłosił ani jednej mowy przed wielkim zgromadzeniem, nie dowodził ani jedną bitwą, nie rządził ani jednym ludem, nie uprawiał żadnej ze sztuk, które dają sławę, a jednak napełnił świat swoim imieniem i swoją obecnością, z rozległością i trwałością, które nie pozostawiają za sobą miejsca na cokolwiek ludzkiego. Wszyscy wielcy ludzie czynią chwilę światła, potem opadają z powrotem w mroki swego grobu. On jedyny był gwiazdą stałą i rosnącą; a jeśli wszechświat trwa nadal po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa, to jedynie po to, by dokończyć oświecanie się pochodnią życia, którego jasności i ciepła nic nigdy nie dorównało.

Lecz otwórzmy Ewangelię; przemówi lepiej niż ja.

Posłuchaj pierwszych słów, które się w niej znajdują: Jezus Chrystus mówi do swego poprzednika, św. Jana Chrzciciela, który chciał Go odwieść od przyjęcia chrztu pokuty: Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszelką sprawiedliwość (1).

Oto słowo. Nie tłumaczę ci go, niczym go nie zdobię; zrozumiesz je, jeśli potrafisz. Dalej, po czterdziestodniowym poście na pustyni, kuszony przez diabła, który mówi mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rozkaż, aby te kamienie stały się chlebem, odpowiada: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych (2).

Jeszcze dalej, z wierzchołka góry w Galilei, zwracając się do tłumu, który za Nim idzie, mówi głosem, jakiego nikt jeszcze nie słyszał: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie (3).

Czy mam cytować całą Ewangelię? Gdybym chciał wydobyć z niej wszystko, co godne jest ukazania poza ramą, w którą jest oprawiona, cytowałbym ją w całości. Lecz nie mogę powiedzieć wszystkiego ani nie mogę dokonać wyboru: byłoby to przyznaniem, że Jezus Chrystus powiedział coś lepszego od czegoś innego, co byłoby równie złym myśleniem, jak złym osądem. Zadowolę się kilkoma słowami rzuconymi bez wyboru, z fragmentów odnoszących się do różnych okoliczności.

Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie (4).

Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski (5).

Miłujcie waszych nieprzyjaciół (6).

Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi (7).

Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień (8).

Kto z was udowodni Mi grzech (9)?

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (10).

Kto by między wami chciał być pierwszym, niech będzie waszym sługą, tak jak Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu (11).

(1) Mt 3,15. — (2) Mt 4,4. — (3) Mt 5. — (4) Mt 7,12. — (5) Mt 5,48. — (6) Mt 5,44. — (7) Mt 5,39. — (8) J 8,7. — (9) J 8,46. — (10) Mt 11,28. — (11) Mt 20,27.

Kto się uniża, będzie wywyższony (1).

Paś owce moje (2).

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga, wierzcie i we Mnie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Idę przygotować wam miejsce, a gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (3).

Ojcze, nadeszła godzina; otocz swego Syna chwałą, aby Syn Twój otoczył chwałą Ciebie (4).

Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich; wszakże niech się stanie wola Twoja, a nie moja (5).

Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (6).

Nic nie dodaję.

Czy chciałbyś, żebym pokazał ci stronę innego rodzaju, a może jeszcze piękniejszą? Posłuchaj przypowieści o Synu Marnotrawnym:

Pewien człowiek miał dwóch synów, z których młodszy powiedział do swego ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. I ojciec podzielił między nich swój majątek. Wkrótce potem młodszy z tych dwóch synów, zebrawszy wszystko, co miał, odjechał w dalekie strony, gdzie roztrwonił cały swój majątek w zbytku i rozpuście. Gdy wszystko wydał, nastał wielki głód w owym kraju i zaczął odczuwać niedostatek. Poszedł więc i najął się u jednego z obywateli tego kraju, który posłał go na swoją posiadłość, żeby pasł świnie. I pragnął napełnić żołądek strąkami, którymi karmiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wreszcie, zastanowiwszy się, powiedział: Iluż to najemników w domu mego ojca ma chleba w obfitości, a ja tu umieram z głodu! Muszę wstać i pójść do mego ojca, i powiedzieć mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i wobec ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem; potraktuj mnie jak jednego z twoich najemników. Wstał więc i poszedł do swego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ojciec zobaczył go i wzruszył się głęboko, i pobiegłszy ku niemu, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i wobec ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; włóżcie mu pierścień na palec i sandały na nogi. Przyprowadźcie też tłuste cielę i zabijcie; jedzmy i ucztujmy, bo ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli ucztować.

Tymczasem starszy syn był na polu, a kiedy wracał i zbliżył się do domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i zapytał, co to znaczy. Sługa mu odpowiedział: Brat twój powrócił, a ojciec twój kazał zabić tłuste cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Rozgniewał się więc i nie chciał wejść. Wyszedł wtedy ojciec i nalegał, by wszedł. Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem żadnego twego nakazu, a ty nigdy nie dałeś mi nawet koźlęcia, żebym się rozweselił z przyjaciółmi. Ale kiedy wrócił ten twój syn, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś dla niego zabić tłuste cielę. Lecz ojciec mu rzekł: Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, jest twoje. Ale trzeba się było weselić i radować, bo ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się (7).

(1) Mt 23,12. — (2) J 21,17. — (3) J 14,1-3. — (4) J 17,1. — (5) Mt 26,39. — (6) Łk 23,34. — (7) Łk 15,11.

Do tej strony można by dodać tysiąc innych, nie mniej pięknych, i to właśnie są te, których nie cytuję, gdyż nie mają tego samego rodzaju piękna. Lecz ta mi wystarcza. Czego więcej trzeba? Sam geniusz nie dyktuje takich rzeczy, a niebo, które je podyktowało, nigdy nie objawi się w akcencie, który przewyższy język. Z ziemi nie dochodzi do Boga nic prócz jęku i skargi; z nieba nie zstępuje do nas nic prócz czułości i przebaczenia: przypowieść o Synu Marnotrawnym jest wyrazem tego przebaczenia w opowieści, która nigdy nie będzie dorównana, bo nigdy nie będzie przewyższona w swej zasadzie.

Można by cytować wiele innych fragmentów Ewangelii, i to jest pierwsza przyjemność, którą zostawiamy czytelnikowi.

Lecz po opowieści o życiu publicznym Chrystusa przychodzi opowieść o Jego męce i śmierci. Ewangelia, tak wielka do tego momentu, wznosi się tu do najwyższego tonu historii i poezji — to znaczy tego, co człowiek posiada zarazem najprawdziwszego i najpiękniejszego. Waham się dotykać tego słowami i powiem o tym jak najmniej. Kiedy Jezus Chrystus ukończył pouczanie swoich apostołów przez mowę zapisaną w rozdziałach 13, 14, 15, 16 i 17 Ewangelii św. Jana (czytelnik, na miłość Boga, niech nie zaniecha jej przeczytać); kiedy udał się do ogrodu położonego za potokiem Cedron, Jego wrogowie przyszli do Niego, w towarzystwie żołnierzy straży świątynnej, a Judasz, jeden z Jego uczniów, zdradził Go pocałunkiem. Znasz dalszy ciąg i prawie każdy go zna. Zostaje pojmany, osądzony, skazany, związany, ubiczowany, ukoronowany cierniem, obarczony swoim krzyżem i umiera między dwoma złoczyńcami. Ta opowieść, tak prosto opowiedziana przez Ewangelistów, przeszła przez świat: świat dzieli się na tych, którzy w nią wierzą, i tych, którzy nie wierzą, a niewierzący tak samo jak wierni nigdy nie słyszeli tej historii, nie będąc nią poruszeni. Jakże to możliwe? Jak do tego doszło? Jak ten człowiek, umierający na krzyżu między niebem a ziemią, zawładnął powszechnym podziwem i jak opowieść o Jego końcu, bardziej niż jakiejkolwiek innej, znalazła drogę do każdego serca? Widzę tylko jedną przyczynę. Jest nią to, że człowiek, który umarł na krzyżu, był sprawiedliwy, i to nie zwykły sprawiedliwy, lecz sprawiedliwy, który nie pozostawia nic do pomyślenia przeciwko sobie. Wszystko jest tam czyste; oko nie znajduje żadnego cienia. Życie bez plamy, wiedza bez błędu, miłość bez granic, męstwo bez słabości, całkowita ofiara z siebie: oto co się tam widzi, i to wystarcza, by wytłumaczyć ową boską sympatię, którą śmierć Chrystusa zyskała u Jego współczesnych i u potomności. Sprawiedliwy zawsze wzrusza, jakikolwiek los Bóg mu wyznacza, tak jak niegodziwiec, nawet na szczycie swego powodzenia, zostawia za sobą coś niedefiniowanie smutnego. Lecz niewinny sprawiedliwy, który umiera karą ostateczną, nie zasłużywszy na nią, osiąga szczyt patosu, a jeśli żył i mówił jak Chrystus, cały świat będzie jedynie słabym echem Jego historii.

To Jego własne usta powiedzą ci Jego myśl, Jego oczy powiedzą ci Jego miłość, Jego ręka ściśnie twoją, by cię podtrzymać, błogosławiąc ci. Zobaczysz Go rodzącego się w ciszy nocy, na słomie stajenki, i przyniesiesz Mu wraz z pokornymi pasterzami pierwociny adoracji rodzaju ludzkiego. Wschód, pradawna ziemia wspomnień, wyśle odwiedzających do Jego kołyski, a od tego samego przebudzenia chwały, która ma napełnić świat, popłynie niewinna krew, by ją zdusić. Ziemia nieczysta przyjmie na wygnaniu dziecię, które oczyści wszystko i uczyni ze wszechświata jedną ojczyznę. Wrócisz z Nim pod dach Jego przodków — już nie pałac Dawida, którego jest ostatnim synem, lecz skromny dom rzemieślnika żyjącego z pracy swoich rąk — i tam będziesz podziwiał trzydzieści lat ciszy i pokoju. Nic nie zmąci tego długiego przygotowania, aż do dnia, w którym głos rozlegnie się na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego (1). Jezus Chrystus posłucha tego wołania proroka; opuści Nazaret i zejdzie nad brzegi Jordanu, gdzie tłum, przyciągnięty przez człowieka samotności, tłoczył się wokół niego, prosząc o chrzest pokuty. Zanurzy się w nim jak oni, a kiedy wynurzy się ponad wody, niebo otworzy się nad Jego głową i usłyszy się ten głos: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie (2). Rozpoznasz Syna Bożego; pójdziesz śladami Jego apostołów; dołączysz do niezliczonego tłumu, który Mu towarzyszył po polach Galilei, i usłyszysz słowo zbawienia spadające z Jego świętych ust. Będziesz wśród gości uczty w Kanie i wśród pięciu tysięcy mężczyzn nakarmionych pięcioma chlebami jęczmiennymi na pustkowiu. Zobaczysz łzy Jego przyjaźni płynące nad Łazarzem i sam zapłaczesz z bólu i radości w opowieści o ostatnim tygodniu Jego życia. Zaczyna się w Jerozolimie, z palmą w ręku, pośród hosanna triumfu; zakończy się na szubienicy, pośród okrzyków nienawiści. Tajemnice nieznane człowiekowi dopełnią się w ostatniej scenie Jego ostatniej wieczerzy; Piotr będzie Go opłakiwał, Judasz Go zdradzi, wszyscy uciekną, i to w rękach Jana, Maryi i Magdaleny znajdzie ostatnie pożegnanie ziemi. Wstąpi do nieba, dawszy swoje najwyższe pouczenia; Duch Święty zstąpi, by dokończyć budowę Kościoła, a dzieje tego cudownego założenia opowiedziane ci będą piórem jednego z towarzyszy św. Pawła.

(1) Mt 3,3. — (2) Mt 3,17.

Po Ewangelii zdaje się, że Pismo Święte nie może nam już nic więcej dać. Nie jest to jednak całkiem prawdą, a w Listach św. Pawła dusza chrześcijanina znajduje jeszcze pokarm i radość. Święty Paweł do niczego nie jest podobny; nie ma analogii w żadnej literaturze świeckiej ani w żadnej literaturze sakralnej. Jest sam, i na wysokości, która od pierwszych stron wprawia w zakłopotanie wszelką istotę będącą panią samej siebie. Inni widzieli Jezusa Chrystusa rodzącego się w stajence, przemawiającego w Judei, umierającego na krzyżu i wstępującego do nieba: Paweł ujrzał Go jedynie w promieniu zstępującym z wysoka, który przeszył go jak ostrze miecza; mówił do Niego jedynie w ekstazie, słyszał Jego głos jedynie z łona obłoku, a kiedy został porwany do trzeciego nieba, sam nie wiedział, czy w ciele, czy poza ciałem radował się widokiem swego Boga. Toteż gdy usiłuje nam przekazać to, co widział, słyszał, smakował, czego dotknął ze Słowa życia, wnosi w wyraz swego apostolstwa coś, co jest pierwszym i ostatnim tonem wiary chrześcijańskiej. Dawid przepowiadał, Izajasz prorokował, Jeremiasz płakał, Daniel obliczał godzinę obietnicy; Ewangeliści opowiadali, apostołowie świadczyli: Paweł — on uwierzył, i mówi ci o wstrząsie swej wiary z mocą, w której nie ma nic ze sztuki, nic z nauki mowy, lecz w której pełnia człowieka przelewa się przez wszystkie kanały słowa. Nie wiadomo, czy podziwiać jego dialektykę, czy jego wzruszenie; jest zarazem bardziej rygorystyczny od Arystotelesa i bardziej pełen żaru niż Platon; tworzy entymematy, które wyrywają wnętrzności, dedukcje, które wzruszają do łez, a kiedy nagle wybucha słowem, którego nie powiązał już z innym, zdaje się, że niebo otworzyło się przypadkiem i że błyskawica, która z niego uciekła, nie należała ani do ziemi, ani do samego nieba, lecz do niecierpliwości geniuszu Boga, szukającego sobie drogi w człowieku.

Paweł ma swój własny język, pewnego rodzaju grekę całą przesiąkniętą hebraizmem, zwroty nagłe, śmiałe, krótkie, coś co mogłoby się zdawać pogardą dla jasności stylu, gdyż jasność wyższa zalewa jego myśl i wydaje mu się wystarczająca, by sama siebie ukazywać. Obojętny na wymowę jak i na jasność, odpycha z początku duszę, która przychodzi usiąść u jego stóp; lecz kiedy się posiada klucz do jego języka i kiedy raz, na drodze wielokrotnego go odczytywania, wzniosło się stopniowo do jego zrozumienia, wpada się w upojenie podziwem. Każde uderzenie jego gromu wstrząsa i porywa; nie ma już nic ponad nim, nawet Dawida, poety Jahwe, nawet św. Jana, orła Bożego; jeśli nie ma liry pierwszego ani uderzenia skrzydeł drugiego, ma pod sobą cały ocean prawdy i ten spokój fal, które milkną. Dawid widział Jezusa Chrystusa z wyżyn Góry Syjon, św. Jan spoczywał na Jego piersi przy uczcie; co do św. Pawła, to na koniu, z ciałem oblany potem, z płonącym okiem, z sercem pełnym nienawiści prześladowcy, ujrzał Zbawiciela świata i, powalony na ziemię pod ostrogą Jego łaski, powiedział Mu to słowo pokoju: Panie, co chcesz, abym uczynił!

Gdy św. Paweł został przestudiowany i zasmakowany, mój drogi Emmanuelu, Pisma są twoje. Otworzysz je na pierwszej stronie i będziesz je czytał spokojnie, w porządku, w jakim tradycja Kościoła ułożyła księgi. Dojdziesz tak do Apokalipsy św. Jana, która jest proroctwem Nowego Testamentu i całej przyszłości Kościoła na ziemi. Nic ci o niej nie mówię. Święty Jan, w owym słynnym widzeniu, ujrzał upadek bałwochwalczego Rzymu, monarchie chrześcijańskie formujące się z gruzów Cesarstwa Rzymskiego, władzę przeciwną panowaniu Chrystusa ustanawiającą się w świecie, upadki i błędy następujące po sobie, a wreszcie, u kresu czasów, otwierające się ostatnie i najstraszliwsze z prześladowań, z którego Kościół zatriumfuje przez powtórne przyjście Chrystusa. Wzięte jako całość, to proroctwo jest niezwykle jasne; lecz w swoich szczegółach wymyka się wysiłkom, które chciałyby je śledzić krok po kroku i przykładać jego sceny do zdarzeń dokonanych. Ta mniej lub bardziej niewdzięczna praca powiedzie się dopiero w ostatnich dniach, gdy losy Kościoła będą się zbliżać ku końcowi, a oko naszych potomków będzie cofać się od epoki do epoki po kursie wszystkich naszych nieszczęść i wszystkich naszych cnót. Do tego czasu cień będzie przeszkadzał światłu, i nie powinno to być powodem do żalu dla tych, którzy żyją jak my między przeszłością a przyszłością wiary, pod blaskiem obydwu Testamentów.